Historia mojego porodu

Ciąża ma to do siebie, że kończy się porodem. Kobieta ma na ogół coś około dziewięciu miesięcy na to, by do tego wydarzenia przygotować się psychicznie a często również fizycznie. Myślę jednak, że do tego nie da się przygotować bo jakby się nie przygotować poród to żywioł i zawsze nas czymś zaskoczy.

Dziś przychodzę do Was z moją porodową historią.

,,…grudnia z tego nie będzie”

Już na początku ciąży lekarz wyznaczył mi termin porodu na 22 grudnia. USG genetyczne pokazywało, że nasz synek jest odrobinkę większy i termin zmieniono na 19 grudnia więc różnica niewielka. Mniej więcej w połowie ciąży okazało się, że mogę mieć małe problemy z donoszeniem ciąży do terminu przez aktywność skurczową macicy i skracającą się szyjkę. Lekarz zalecił więcej odpoczynku i ograniczenie aktywności fizycznej chociaż wciąż powtarzał, że ,,grudnia raczej z tego nie będzie”.

Tak bardzo wzięłam do siebie słowa lekarza, że gotowa do wyjazdu na porodówkę byłam już w połowie listopada, ale dni mijały a Teodor ani myślał wychodzić. Zaczął się grudzień a w nim upragniony ,,bezpieczny” 38 tydzień ciąży a mnie zaczynało się dłużyć.

Torba do szpitala stała spakowana, pieniądze na poród rodzinny w GPSK na Polnej były już schowane w portfelu męża, opieka dla Młodej załatwiona a porodu nie widać. Każdego dnia kiedy mąż wyjeżdżał do pracy mieliśmy nadzieję, że tej nocy będzie musiał przyjechać i zawieźć mnie do szpitala, ale termin się zbliżał a ja nie odczuwałam nic po za niewiele robiącymi skurczami. W końcu zaczęłam się bać, że gwiazdkę spędzę w szpitalu.

17 grudnia zrobiliśmy sobie wypad do IKEA i naprawdę sporo spacerowaliśmy. Następnego dnia pojechaliśmy na obiad do teściów i odebraliśmy od nich materac do łóżeczka. Wróciliśmy wieczorem a ja zauważyłam, że odszedł mi czop podbarwiony krwią. Skurczy jak na złość nie było, więc mąż pojechał do pracy choć uprzedziłam go, że w razie czego będę dzwonić.

,,Spokojnie, mamy czas…”

Około godziny 22 zaczęły się skurcze. Pojawiały się co 8 minut i były już całkiem nieźle odczuwalne. Zachciało mi się czegoś słodkiego a w domu nie było nic, po za torebką cukru. Ochota była tak silna, że mimo skurczy, które powoli zaczynały być bolesne choć nadal występowały co 8 minut, ubrałam się i poszłam do sklepu z uśmiechniętym płazem w logo po ciasteczka.

Po zjedzeniu całej paczki wykąpałam się i położyłam do łóżka cały czas korespondując z mężem. Skurcze zaczynały być coraz bardziej dokuczliwe ale nie pojawiały się z większą niż dotąd częstotliwością więc uspokajałam męża. Nie chciałam pojechać do szpitala za wcześnie; bałam się, że jeżeli nie będzie miejsc to odeślą nas do innego szpitala albo okaże się, że będziemy musieli długo czekać w szpitalu.

Mniej więcej około godziny 4 poczułam, że muszę iść pod prysznic – wcześniej napisałam mężowi, żeby przyjechał. Ciepła woda przynosiła mi ulgę więc rozsiadłam się w naszej mikroskopijnej kabinie prysznicowej i czułam, że nie chcę z niej wychodzić.

Mąż przyjechał i chciał od razu jechać do szpitala, ale mnie zachciało się herbaty (sic!). Wciąż mówiłam, że jeszcze za wcześnie, żeby jechać do szpitala. ,,Spokojnie, mamy czas…”. Aplikacja do liczenia skurczy pokazywała jednak, że skurcze są już co 2 do 2,5 minuty więc z wielkim trudem się ubrałam i zeszliśmy do samochodu.
Była mniej więcej 5 nad ranem. Po drodze musieliśmy zostawić klucze od mieszkania na stacji benzynowej dla teścia, który miał przyjechać po Młodą. Pan na stacji bronił się przed przyjęciem białej koperty i uległ dopiero wtedy  kiedy mąż powiedział, że żona rodzi w samochodzie – przyjmowanie porodu na stacji w czasie nocnej zmiany zapewne było daleko po za jego wyobrażeniami o miłym dniu pracy.

Droga do szpitala minęła raczej spokojnie choć znalazłam w sobie dość siły, by niegrzecznie opieprzyć mojego męża, że jedzie inną trasą niż wcześniej ustaliliśmy. Taktownie postanowił się nie kłócić za co jestem mu bardzo wdzięczna.

Na szczęśliwie pustej izbie przyjęć pojawiliśmy się o 5:30 ale kazano nam czekać. Mężowi na poczekalni a mi na krzesełkach już na trakcie porodowym. Kiedy po powrocie z toalety Pani doktor zobaczyła, że z bólu zaczynam gryźć ściany zgodziła się mnie zbadać.

,,6 cm, pęcherz cały, ułożenie główkowe” – ale na porodówkę mieliśmy pojechać dopiero, kiedy przebrnęłam przez stos papierów. Składając ostatni podpis czułam, że jeżeli nie zacisnę ud, to mogę zgubić dziecko o czym poinformowałam Panią w rejestracji. Ta dała mi szpitalną koszulę i niebieski szlafroczek po czym zabrała mnie i męża z pokwitowaniem  opłaty za poród rodzinny na porodówkę piętro wyżej.

,,Pana żona właśnie rodzi…”

Uparcie odmówiłam podróży wózkiem więc kaczym chodem podążając za położną wyszłam z windy pytając, czy mogę liczyć na znieczulenie. Pani z pobłażliwym uśmiechem odpowiedziała, że go nie potrzebuję bo zaraz urodzę. Na temat tego, czego aktualnie potrzebowałam miałam zdecydowanie inne zdanie ale skurcze skutecznie powstrzymywały mnie od polemizowania z nią na ten temat.

Męża odesłano na krzesełko znajdujące się w kolejnej poczekalni z hasłem ,,Pan tu poczeka” a mnie zabrano dalej. Pani doktor zbadała tętno maluszka  i udawała, że nie słyszy o tym, że mam napisany plan porodu i chciałabym dołączyć go do dokumentacji. Widząc, że nie mam co liczyć na to, że o niego poprosi powiedziałam tylko, że bardzo zależy mi na ochronie krocza. Odnotowała to w swoich dokumentach i zaordynowała, że mój synek przyjdzie na świat w Sali numer 3. Tej samej w której 7 lat wcześniej urodziła się Pierworodna. Pokazała mi również łazienkę i powiedziała, że mogę z niej skorzystać jeżeli potrzebuję. Potrzebowałam – dziura w sedesie sprawiała, że siedzenie stawało się możliwe a skurcze bardziej znośne. Miałam oczywiście gdzieś z tyłu głowy, że lepiej za bardzo się nie napierać – chciałam rodzić z mężem a nie do toalety.

Po chwili zostałam wygoniona z toalety i oddelegowana na łóżko w celu wykonania KTG. Leżenie na nim było daleko po za tym, co w tamtej chwili uważałam za wygodne zwłaszcza, że nie opuszczało mnie wrażenie, że jeden skurcz płynnie przechodzi w drugi nie dając mi chwili na odpoczynek. ,,Ja na moment panią zostawię. Jak wrócę to proszę by miała Pani uszykowane wyniki grupy krwi, hbs i gbs” – usłyszałam jak przez mgłę kiedy podawano mi teczkę, którą przez ostatnie parę tygodni skrupulatnie przygotowywałam na ten moment. Mąż został poinstruowany, że wyniki badań są posegregowane chronologicznie w opisanych kopertach i jak będą o cokolwiek prosić, to na milion procent znajdzie wszystko. Ale Mąż dalej siedział w ,,poczekalni” a Pani doktor wyszła. Cudem udało mi się wyjąć wymagane wyniki i zostałam sama za zamkniętymi drzwiami czując, że absolutnie MUSZĘ zacząć przeć. W głowie toczyłam walkę wiedząc, że mi nie wolno, bo jeszcze 10 minut temu było dopiero 6 cm rozwarcia. Niestety ochota nie mijała a ja wciąż byłam sama. Nikt do mnie nie wracał.
Miałam ochotę zerwać pasy i biegać dookoła łóżka, przeć, krzyczeć i diabeł raczy wiedzieć co jeszcze. W zamian za to wydałam z siebie wrzask będący czymś pomiędzy dźwiękiem zarzynanej świni a odgłosem jelenia na rykowisku.

Do Sali weszła Pani położna, grzecznie się przedstawiła (nie zarejestrowałam ani imienia ani nazwiska), powiedziała, że będziemy rodziły razem (a nic nie denerwuje mnie bardziej niż stwierdzenie ,,rodziliśmy/rodziłyśmy razem” – dziecko wychodzi z jednej osoby i niestety nie da się nim podzielić by rodzić ,,razem”, ale to taki niuansik)i zapytała co się dzieje. Głosem osoby na której właśnie odprawiają egzorcyzm powiedziałam tylko ,,będę przeć”. Pani powiedziała mi, że nie mogę bo musi mnie zbadać – miałam ogromną ochotę ją kopnąć. Zbadała mnie i ze zdziwieniem lub czymś podobnym stwierdziła, że jednak mogę, bo mamy pełne rozwarcie.

Wtedy zaczęło się nerwowe bieganie w poszukiwaniu mojego męża ,,…bo Pani chciała rodzic z mężem”. Mój ślubny już po wszystkim powiedział mi, że słyszał wrzask i od razu rozpoznał, że to ja więc zaczął mnie szukać. W tym samym czasie znalazła go położna mówiąc żeby udał się do Sali numer 3. ,,Pana żona właśnie rodzi”.

Pęcherz wciąż nie pękł więc kazano mi przeć, ale niestety nie chciał puścić. Pani doktor, która również pojawiła się na Sali rozerwała go rękoma (wody były już zielone więc ściągnięto pediatrę) i mniej więcej w tym momencie poczułam, że wstępują we mnie nowe siły.
Poprosiłam o instruowanie mnie w czasie parcia i jeszcze raz przypomniałam, że chciałabym uniknąć nacięcia.

Nawet nie zarejestrowałam tego, że mój Mąż jest już na Sali.
Jak na autopilocie odpowiadałam na pytania o mój wzrost, wagę, wagę przed ciążą i szereg innych im podobnych.

Chciałam jedynie urodzić.

Dwa bóle parte później usłyszałam jedynie ,,Ooo…Dzień dobry” i z prawdziwym niedowierzaniem zapytałam, czy mamy główkę. Zapytano mnie przy chcę jej dotknąć. Do dziś nie wiem dlaczego, ale nie chciałam.

Kolejny ból party i mój Klusek krzyczący co sił w małych płuckach wylądował na moim brzuchu.

Okazało się, że był trzykrotnie owinięty pępowiną wokół szyi i raz przez ramię. Na szczęście był cały i zdrowy. I cały mój… Nasz.

Wszystko dobre, co dobrze się kończy

Później przyszedł czas na urodzenie łożyska, ale moje nie chciało się urodzić więc niestety musieli mi pomóc podając Oxytocynę. Ostatecznie i tak skończyło się łyżeczkowaniem.

Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że to już po wszystkim. Dotknęłam dziwnie pustego brzucha czując się jak na dobrym haju i chciałam natychmiast dostać moje Maleństwo, które w tamtej chwili było na rękach u tatusia.
To, co działo się na Sali numer 3 trwało raptem 20 minut choć w mojej głowie ciągnęło się długie godziny. Kolejny raz prawdziwym staje się stwierdzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Przewieziono mnie na salę poporodową gdzie udało mi się dostawić Kruszynkę do piersi a później długo tulić. Zamiast standardowych dwóch godzin na obserwacji spędziliśmy prawie dwanaście. Okazało się, że był to wyjątkowo urodzajny czas i wszystkie oddziały były przepełnione.

Ale to może i lepiej. Mieliśmy z Teo ciszę i spokój, aby móc się poznać.

I tak poznajemy się do dziś. A to już prawie miesiąc. Trudno uwierzyć jak szybko to minęło.

img_1208
Teodor Antoni urodzony 19.12.2016 – 3440g czystej doskonałości

 

Reklamy

Jedna myśl na temat “Historia mojego porodu

  1. Muszę napisać, że zazdroszczę. Ja na magiczne 4 cm żeby móc dostać znieczulenie czekałam 12 godzin ze skurczami krzyzowymi. Rodziłam 16. Ale u mnie chociaż personel był 100x milszy i szanowano wszystko co powiedziałam 😉 Dlatego broniłam sie przed Polną rękami i nogami :p

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s